logo
slogan
Numer 1
Wrzesień 2002
Cena 2-5 zł
Dziś imieniny Michaliny, Michała, Piotra ...Zespół MIENTY życzy solenizantom: wszystkiego najlepszego!

SPIS TREŚCI:

DOŚWIADCZENIA:

 

WYWIAD:

»
   

FELIETON:

»
   

MIŁOŚĆ I SEKS:

»
   

13 PYTAŃ:

»
   

DOŚWIADCZENIA:

»
   

PSYCHOZABAWA:

»
»
   

WIERSZE:

»
   

Pamiętnik kursantki

Wakacje. Między trzecią a czwartą klasą. Idealny czas na zrobienie prawa jazdy. Wakacje. Czas lenistwa. Ośrodek musi być blisko, bo nie chce mi się chodzić. W końcu muszę odpoczywać, za rok mam maturę.

Ośrodek niecałe 10 minut drogi spacerkiem od mojego domu. Pierwszy wykład. Dookoła małej sali urządzonej (przed laty i tak pozostawionej) w stylu "My sweet PRL" wiszą plansze ze znakami drogowymi. Ile tych znaków, kto by pomyślał! Rozpoznaję STOP. Jestem niezła. Kiedyś, w podstawówce, miałam przedmiot Wychowanie Komunikacyjne. Byłam skaraniem boskim pana nauczyciela. Kiedy kończyliśmy te zajęcia, przy wystawianiu ocen powiedział mi: Wykazujesz haniebny brak zainteresowania tematem. Tak było, nie znałam znaków, wiedziałam tylko, że jak czerwone to stoję, jak zielone to idę, jak nagle żółte to nie biegnę, żeby się nie wyłożyć na środku jezdni.

Na pierwszej lekcji poznajemy kilka definicji z kodeksu drogowego: droga, jezdnia, pojazd, pieszy (pan pchający rower na poboczu to też pieszy, stawiam wykrzyknik). Jestem na kursie prawa jazdy, jestem na kursie, powtarzam sobie co jakiś czas w myślach. Na szczęście wybiłam sobie z głowy absurdalną myśl, że skończyć kurs to znaczy zdać egzamin, więc cieszę się samym kursem. Robię ładne notatki, podkreślam, pogrubiam, jak pierwszego dnia w szkole. Potem mój zeszyt nie będzie wyglądał już tak ładnie. Chyba czuję ten kodeks, nadajemy na tych samych falach, tam też jest o światłach. I o mojej ulubionej na wspomnianych lekcjach wychowania komunikacyjnego Zasadzie Ograniczonego Zaufania. Potwierdziła się też telepiąca się gdzieś w moim umyśle informacja o pasie zieleni między jezdniami - są pasy zieleni!

Dwie godziny minęły wolno. Powinno być: minęły szybko, ale nie będę kłamać. Trudno, byłam na jednym wykładzie, jestem kursantką!

Coś nowego: plac manewrowy. Samochód. Czerwony. Jak światło czerwone to stój. Stoję, ale pan każe mi wsiadać. Czekam, aż zmieni się na zielony, ale jakoś nie chce. Trudno, łamię przepisy, wsiadam. Poprzedniego dnia poprosiłam tatę, żebym mogła pojeździć naszym samochodem. Tata był cały mokry, ja też. Pierwszy raz w życiu siedziałem za kierownicą. Niesamowite uczucie. Było niesamowicie, dopóki po kilku kółkach wokół małego parkingu pod kościołem z wrażenia nie puściłam wszystkich pedałów. Samochód zgasł i więcej się nie zapalił. Dziwne, kiedy tata ruszał, zapalił za pierwszym razem i więcej już nie zgasł.

Wsiadłam. Pan ze mną. Ustawiam lusterka, nie wiem co mam w nich widzieć, ale staram się wyglądać tak, jakbym wiedziała o co chodzi. Ustawiam fotel. Nie wiem do czego mam dosięgać, zgaduję, że pewnie do kierownicy i pedałów. Kompletnie zaćmiony umysł. Powoli odpuszczam sprzęgło. Jadę! Jadę! Jadę!

Jazda po łuku do tyłu. Oops. Mam siedzieć tyłem do kierownicy. Nie umiem tak, nie wiem w którą stronę kręcić kierownicą, żeby jechał tam, gdzie chcę. Stosuję technikę kajaka: jak chcę w lewo to wiosłuję w prawo i odwrotnie. Nie działa. Technika bobsleja: chcę w prawo to przechylam się w prawo. Nie działa. Wracam do pozycji pionowej. We wszystkich lusterkach pachołki. Setki, tysiące pachołków. Są wszędzie, czuję się osaczona! Szalone, rzucają mi się pod koła, co chwilę po którymś przejeżdżam. Mam wjechać między dwa pachołki, które widzę w tylnej szybie. W tylnej szybie widzę cztery pachołki, czyli trzy miejsca do zaparkowania. Trudno, będę strzelać. Nie trafiam. Po przepisowej godzinie wjeżdżam wreszcie między te, o które chodziło! Jest upał, jestem cała mokra, wyglądam jakbym płakała (zapalenie spojówek) i zsiusiała się w majtki (przepocone siedzenie zmoczyło mi spodnie). Wracając do domu myślę, pod który samochód się rzucić. Nie idzie mi, nie oszukujmy się, to potworne. Żaden nie jest godny rzucenia się pod niego. Pod prysznicem ryczę i obiecuję sobie, że więcej tam nie pójdę.

Kupuję testy. Wybieram któryś na chybił trafił. Osiemnaście pytań. Osiemnaście błędów. Oops. Ale nie było pytania, na jakim świetle się przechodzi, a tylko to wiem. Następne manewry. Będę dzielna, mówię sobie. Wizualizuję łuk i pachołki, między które mam wjechać. I o dziwo, idzie mi nieźle! Zaczynam kopertę. Znowu do tyłu, ale już znam zasadę. Nie dziwię się już, że bobslej nie podziałał. Idzie mi raz gorzej raz lepiej, ale... Odkrywam coś, na co nerwy mi na początku nie pozwalały. Jakie to niesamowicie przyjemne jeździć samochodem! Jeszcze tydzień wcześniej wydawało mi się to niemożliwe: ja za kółkiem? Samochód będzie mnie słuchał? Nauczę się, o co chodzi z biegami? Czuję moc. Ta wielka maszyna mnie słucha! Przez głowę przebiega mi myśl o zrobieniu prawa jazdy na TIR-a; jest większy niż Punto.

Pierwsza jazda "na mieście". Denerwuję się. Wsiadam do samochodu. Czuję, że jest po mojej stronie. Powoli, na samym sprzęgle, wyjeżdżam za bramę ośrodka. Zakręcam, jadę ulicą. Mam dodać gazu, puścić gaz, wcisnąć sprzęgło, zmienić bieg na dwójkę, trzymać się prawej strony, nie wjeżdżać na chodnik, nie wjeżdżać na przeciwległy pas, nie wjeżdżać na chodnik, nie wjeżdżać na przeciwległy pas... Chyba jadę zygzakiem.

- Nie przekraczamy 40 km/h.

Ok, możecie nie przekraczać, myślę sobie, bo nie mogę patrzeć jednocześnie przed siebie i na licznik. Zmienić bieg na trójkę. Nie wiem, gdzie jest trójka, więc wybieram losowo.

- To nie jest trójka.

No, proszę, nie trafiłam. Pan wrzuca za mnie trójkę. Zwalniamy, wrzucamy dwójkę. Znowu losowanie. Nie mam szczęścia w grach losowych.

- Lewarek to nie jest łyżeczka do herbaty, lewarkiem nie można mieszać jak się chce.

Herbata, coś pamiętam, to do picia, z innej rzeczywistości, w której wystarczały mi dwie nogi.

- Jak ty się nazywasz?

Pan jest zirytowany. Jak to było? Jakoś na jot... Jadzia, Justynka, Jola, Janina, Jagienka... Strzelam w Julkę. Tym razem trafiam. Moja jazda sprowadza się do tego, że siedzę na siedzeniu kierowcy i od czasu do czasu majtam dźwignią biegów. Pan ma swoje pedały i trzyma kierownicę. Ja nie jestem w stanie zrobić nic sensownego. To zupełnie niesamowite uczucie, nieznane wcześniej: kierować samochodem. Tak jak wszyscy ci ludzie w swoich autach, jestem z nimi na drodze, jadę razem z nimi. Jakieś 15 minut przed końcem jazdy czuję się już trochę pewniej, sama trzymam kierownicę. Wszyscy mnie wyprzedzają, mam wrażenie, że po obu stronach drogi stoją ludzie z transparentami: Wolniej! Wolniej! Jakimś cudem trafiam w bramę ośrodka. Wracam do domu. Wracam biegiem do samochodu: zostawiłam torbę. Wracam do domu. Tata pyta, gdzie byłam. Nie pamiętam. Drżą mi nogi i ręce. Nauczona doświadczeniem z placu manewrowego nie załamuję się tak zupełnie. Liczę, że następnym razem będzie lepiej.

Od czasu kiedy chodzę na wykłady z teorii zmienił się mój sposób patrzenia na świat, odkryłam np. znaki drogowe. Przedtem nie zwracałam na nie żadnej uwagi. Tak samo znaki na jezdni. Uwielbiam patrzeć jak inni zmieniają biegi. Ćwiczę je na sucho w samochodzie taty. Testy idą mi coraz lepiej. Pan na wykładach opowiada nam, jak raz wpadł na jelenia. Wierzę, że w Warszawie nie ma jeleni. Teraz śmieję z siebie samej, tej na pierwszych manewrach i jazdach: kiedy opanowałam te zupełnie podstawowe podstawy wszystko jest prostsze i... przyjemniejsze. Miło jest nie przewrócić żadnego pachołka, wjechać do garażu za pierwszym razem, usłyszeć pochwałę od instruktora i wreszcie: siedzieć samej (bo pan już mnie zostawia) w samochodzie i jeździć po placu. Rozkoszować się tym. Rozmyślać o wakacjach Thelmy i Louise, może bez kilku szczegółów, planować nową przyszłość za kierownicą. W mieście idzie mi gorzej niż na manewrach, tu trzeba skoordynować pracę nóg i rąk, patrzeć w kilka miejsc na raz i myśleć o kilku rzeczach na raz, skupić się na prowadzeniu, nie zamyślać. Po pewnym czasie okazuje się, że nie umiem ruszać, np. spod świateł. Na początku pan mi pomagał, kiedy przestał, nie było już tak miło. Znowu pomógł parking pod kościołem. Inny problem: zbyt chętnie wprowadziłam w czyn zasadę ograniczonego zaufania. Nie ufam nikomu i niczemu. Prześwietlam wzrokiem każdego pieszego, staram się odgadnąć, czy wbiegnie na jezdnię, czy poczeka na chodniku. Zwalniam przed skrzyżowaniami, może nie wszyscy kierowcy znają zasadę prawej wolnej strony. Tak samo przed światłami, mam prawo przypuszczać, że kierowca nie miał lekcji wychowania komunikacyjnego i nie wie, że na czerwonym się stoi. A już szczególnie mam na oku rowerzystów. Nie ufam im!

Zbliża się egzamin na zakończenie kursu. Przerabiam testy. Już nie powtarzam wyczynu sprzed kilku tygodni, robię góra dwa błędy. Obawiam się, że wszystko mi się pomyli na teście, bo czasami odpowiadam, nie czytając pytania do końca. Na szczęście się nie pomyliło, a nawet jako jedyna z kursantów zrobiłam zero błędów. Kończę też manewry, szkoda mi, bo bardzo je lubię. Jedna godzina zostaje na "przed egzaminem". No i ostatnie dwie godziny "miasta": pod rząd i to w Warszawie. Do tego w dzień rozpoczęcia roku szkolnego! No cóż, plan minimum brzmiał: skończyć kurs do końca wakacji. Pierwszy dzień szkoły to idealny dzień na zakończenie wakacji. Drugiego września mam straszny katar. W strategicznych punktach kieszeni i fotela układam chusteczki do nosa. W Warszawie już po godzinach szczytu, po chodnikach snują się dzieci w galowych strojach. Wśród nich malutkie, dumne pierwszaki. Czuję mściwą satysfakcję, kiedy pomyślę, że one mają jeszcze dwanaście lat szkoły przed sobą, a ja tylko rok. No i ja jadę samochodem. Jak powiedziała moja koleżanka (ma prawko od kilku miesięcy), połknęłam bakcyla. Oj, połknęłam... Kiedy nie ma rond i dużych skrzyżowań jest dobrze. Na wyżej wymienionych tracę głowę. Takie dwie godziny to dobry wynalazek, już po półtorej godzinie czuję się bardzo pewnie, przyzwyczaiłam się do samochodu, poznałam go dobrze. Najlepsza jazda w życiu. Wracamy do ośrodka. Wysiadam. Pan życzy powodzenia na egzaminie. Egzamin... To już zupełnie inna historia. Wracam do domu. Wracam do ośrodka. Zapomniałam swetra.

/Julka Wolin/


 
 

Copyright (C) MIENTA Świeży iMagazyn, 2002

>>kontakt